środa, 13 sierpnia 2014

Koszty podręczników a szkoła.



Wraz ze zamianą ustrojową zakończyła się, znana z czasów PRL-u, dystrybucja podręczników przez szkoły. Wiązało się to przede wszystkim ze zmianą płatnika, bowiem to nie Państwo (szkoła) było od tej pory właścicielem książek, ale prywatne osoby. Do księgarń zaczęli napływać rodzice po zakup podręczników. Wkrótce okazało się, że zgodnie z najnowszymi trendami w pedagogice, oraz zasadami wolnego rynku, podręczniki do jednego przedmiotu mogą być różne i wydawane przez kilku niezależnych wydawców. Rzecz jasna sprawiło to kłopot niejednemu rodzicowi, który dopiero przychodząc do księgarni dowiadywał się, że bez szczegółowego wykazu ze szkoły podręczników nie kupi. I tak, zrodziła się tęsknota za jednym podręcznikiem dla wszystkich, otrzymywanym w szkole. Najlepiej za darmo.

W tym roku politycy podchwycili to marzenie wielu rodziców i postanowili je spełnić.
Jakim kosztem?

Kosztem rodziców. Powoli rezygnuje się z wyprawek, czyli refinansowania wydatków na szkołę najbiedniejszych rodzin w kraju. W tym roku pierwszoklasiści nie będą mogli się ubiegać o dofinansowanie szkolnej wyprawki, bo dostaną darmowy elementarz. W kolejnych latach z refinansowania wyposażenia dziecka do szkoły będą musiały zrezygnować kolejne niezamożne rodziny. W zamian wszyscy (bez względu na poziom życia) będą otrzymywać darmowy podręcznik, lub refundację kilku podręczników przedmiotowych.
Osobiście uważam, że jest to dziwnie pojęta sprawiedliwość społeczna, tym bardziej, że hasło "darmowej edukacji", zagwarantowanej Polakom przez konstytucję, nadal nie będzie realizowane. Wszyscy rodzice uczniów wiedzą, że koszty ponoszone na szkołę to nie tylko elementarz. To cały zestaw przyborów noszonych co dzień w tornistrze, to ubranie sportowe i galowe, to opłaty klasowe, a nierzadko także dofinansowywanie wyposażenia klasy np. przez składki na papier ksero, teczki na prace ręczne albo firanki.     

Kosztem ubocznym "darmowego elementarza" jest również odebranie możliwości wyboru podręcznika przez nauczyciela. Prawo takie uważam za niezwykle ważne, ponieważ to nauczyciel decyduje o sposobie nauczania i jest w stanie ocenić, które pomoce w jego stylu pracy, w określonej grupie dzieci, najlepiej spełnią swoją rolę.

I tu niestety muszę przejść do negatywnej strony wybierania podręczników przez nauczycieli. Na skutek korupcji ze strony wydawców i ich przedstawicieli handlowych, czasem na skutek niefrasobliwości lub braku zainteresowania konsekwencjami swojego wyboru, niektórzy nauczyciele narzucają rodzicom obowiązek zakupu dużych, drogich zestawów książek.
Nie chcę, aby moja wypowiedź została odebrana jako generalny zarzut wobec nauczycieli. Mając do czynienia z dziesiątkami wykazów z różnych szkół, przekonałam się, że się bardzo od siebie różnią. Jedne składają się tylko z niezbędnych podręczników, względnie ćwiczeń do przedmiotów, na których faktycznie zostaną wykorzystane. Inne zawierają wszelkie możliwe pomoce do danego przedmiotu oferowane przez wydawcę. Rodzice skarżą się nam przy zakupie do kolejnej klasy, że dziecko wypełniło w ćwiczeniu zaledwie 3 strony, a z wycinanki nigdy nie skorzystało... Jedne szkoły mają wykazy podręczników niezmienne od wielu lat (chyba, że MEN wprowadzał akurat reformę), inne zmieniają tytuły i wydawnictwa co roku, tak, że rodzice nie mogą odkupić prawie żadnego podręcznika od starszych roczników. Każdego lata, przy kasie, podsumowujemy komplety podręczników do tych samych klas. Różnice w cenach kompletów w zależności od ich zawartości sięgają nie raz 30%.

Takim sposobem, już na poziomie szkoły można oszczędzić rodzicom sporą część wydatku, wybierając tytuły rozsądnie. Nie wspomnę już o różnych dodatkowych testach, sprawdzianach, ćwiczeniach, które są uczniom "dorzucane" w ciągu roku szkolnego. W dodatku często nielegalnie, bo w szkole handlować nie wolno, a tym bardziej nie powinien w tym uczestniczyć nauczyciel. W polskim prawie jest na ten temat konkretna wykładnia, ale dziwnym trafem, od wielu lat, taki proceder w szkołach się odbywa - nauczyciele sprzedają podręczniki. Mało tego, jest to aprobowane społecznie, ponieważ rodzice za cenę kilku procent zniżki (a czasem i bez niej) są skłonni przymykać oko na nie-fiskalną sprzedaż. 
Po zaprezentowaniu udziału szkoły w kształtowaniu kosztów nauki w Polsce, pozostaje rozważyć, czy ceny podręczników są rzeczywiście horrendalne. Tzw. pakiet do zajęć zintegrowanych kosztuje w tym roku około 300 zł (licząc po cenach detalicznych bez rabatów). Do tego powiedzmy podręczniki do języka obcego (czasem dwóch). Całość 350-400 zł (często mniej, bo da się kupić z rabatem). Uczeń korzystać z nich będzie przez 10 miesięcy nauki. A zatem miesięcznie wydajemy od 35 do 40 zł na wykształcenie dziecka.
W tym samym czasie wiele mam kupi krem do twarzy za 55zł, niejeden tatuś wypije 10 piw, ktoś inny będzie zjadał co dzień lody lub chipsy, a jeszcze ktoś inny kupi dziecku komputerową "strzelankę"...

Ponieważ najprawdopodobniej zakupiłeś zestaw podręczników z rabatem, wydałeś jeszcze mniejszą kwotę niż przykładowa. Czy jesteś pewien, że Twoja inwestycja w podręczniki, służące wykształceniu dziecka, jest wyjątkowo duża?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz